środa, 25 stycznia 2012

13. Książki

Książki nigdy nie były moją pasją. Do teraz. Wszystko przez podstępną Żonkę. Podsuwa mi jedną pozycję za drugą, a ja nie mogę się uwolnić. Kiedyś myślałem, że czytanie to przykry obowiązek. Nudne lektury przytłaczały mnie; sprawiały, że podchodziłem do czytania jak do przysłowiowego jeża. Dziś wciągają mnie całego, na długie godziny. Jak mam czas, nie mogę się od nich oderwać. Po następnej stronie przychodzi jeszcze jedna, a potem kolejna.

Najgorsze jest to, że gdy skończę, czuję niedosyt. Moja druga podświadomość książkowa obudziła się. Uśpiona do tej pory woła: "daj mi jeść", "daj mi następną książkę". I kto jest temu winien? Mam nadzieję że wyjdzie mi to na dobre i nie zgaśnie tak szybko, jak się zaczęło.

niedziela, 22 stycznia 2012

12. Coś o mnie...

Wczoraj siedziałem i myślałem o sobie. Część z tych myśli próbowałem przelać na papier, nadając im kształt i zapach. Nie wiem czy mi się udało. Pomieszało mi się to kim jestem i kim chciałbym być. Oto parę z nich, poucinane, wolne i nieokreślone...

- Jestem człowiekiem i pragnę nim pozostać
- Jestem niczym ptak na silnym wietrze
- Jak nosorożec (nie wiem dlaczego akurat to zwierzę)
- Nie wiem kim jestem i próbuje się tego dowiedzieć. Dotrzeć do wnętrza swojego JA
- Chciałbym odkrywać na nowo w sobie dziecko i dorosłego 
- Patrzeć w przeszłość, wykuwając Przyszłość swojego losu
- Bawić się i być poważnym
- Poukładać myśli i słowa tak, aby stały się drogą przez życie
- Kochać wolność (ale tylko tę dobrze zrozumianą)

Jak już moja połóweczka pisała o mnie, mam wady, jak każdy. Zapalam się i znikam. Płonę niczym Feniks, ale się odradzam. Potem znów się spalam. Za każdym razem odradzam się jako inny człowiek, raz lepszy, raz gorszy. Lecz nie zawsze powracam do starej roli.

Łakomczuch jestem niesamowity. Pochłaniam wszelakie słodycze w ilościach hurtowych. Lubie pączki, ale tu już jestem bardziej wybredny. Ma to skutki uboczne. Kiedyś przeszedłem terapię odchudzająca pt. "Mniej żreć" i zrzuciłem 25 kg. Do końca życia jednak muszę się pilnować, aby nie nadrobić tych zbędnych kilogramów.

Odnośnie pisania - pamiętam jak kiedyś pisanie nie sprawiało mi problemów. Przelewałem na klawiaturę tony słów. Dziś zastanawiam się nad każdym - ważę je, oceniam. Myślę, czy są godne pokazaniu światu lub osobie, do której piszę.

Długo zastanawiałem się czy pisać ten blog. Czy zostawiać myśli samemu sobie? Czy to, co napiszę, zmieni mnie i mój świat? A odpowiedź przyjdzie pewnie z czasem.

sobota, 21 stycznia 2012

11. Mój pierwszy raz z Pingwinem


Moje pierwsze spotkanie z Linuxem miało miejsce kilka lat temu, w pierwszej firmie, w jakiej przyszło mi pracować. Kiedyś nieśmiało podszedłem do naszego nadwornego informatyka w czasie pracy i spytałem co robi.
Informatyk - Ściągam nowy obraz płyty Red Hat-a.
Popatrzyłem na niego z oczyma jak pięć złotych i ujrzałem mniej więcej coś takiego:




Na początku myślałem, że to DOS, ale coś mi nie pasowało, więc spytałem go co to za cudo i co to ten Red Hat.
Informatyk - To system operacyjny, a te czarne cyferki to konsola w Linuxie, pod którą można było ściągać pliki tak, jak z Windowsa.

Myśli kłębią mi się w głowie. Nigdy nie pałałem miłością do trybu tekstowego i wklepywania komend ręcznie. Do dziś pamiętam niektóre sprawdziany z informatyki dotyczące kopiowania i tworzenia katalogów - aż mam ciary na plecach, choć obecnie sam używam jeszcze paru komend w wierszu poleceń.

Wracając do tamtego informatyka - myślę sobie, że używa on jakichś archaicznych systemów w czasach Windowsa 98 i XP, gdzie wszystko można było wyklikać myszką  Ale nic, patrzę dalej i nic z tego nie rozumiem - czarna magia - rzędy cyferek, komendy wpisywane ręcznie.

Pytam więc nadwornego informatyka po co to wszystko i wtedy dostaję dłuższy wykład na temat naszego firmowego serwera ftp, który oparty jest na systemie Red Hat. Znów odzywa się moja dociekliwość.

Ja - Ale  po co?  Nie można tego zrobić na Windowsie?"
Informatyk - Linux jest bezpieczniejszy, konfigurowalny w takim stopniu, że w Windowsie można pomarzyć, kilkakrotnie wydajniejszy. 
Po tych słowach zamilkłem. Zatkało mnie. Drążę więc temat dalej:
Ja - A nie ma może jakiejś wersji 'user friendly' z jakimiś oknami, jak w Mac-u lub Windowsie?
Informatyk - Pewnie, że jest - nawet do tej co widzisz da się to doinstalować.
Ja - Serio?
Informatyk - Pewnie, że tak.
Podchodzi do drugiego komputera i wstukuje adres www w "normalnej" przeglądarce.
- Masz tu, ściągnij sobie pełną wersję z środowiskiem graficznym Gnom, tylko potrzebne ci jest 5 płyt CD.
Ja - Aż pięć płytek?
Informatyk - Jak chcesz wykorzystywać wszystkie możliwości systemu łącznie z postawieniem własnej strony www, ftp itd., to musisz ściągnąć wszystkie płytki.
Ja - Po co mi to wszystko?
Informatyk - Jak nie chcesz, to nie ściągaj wszystkiego tylko pierwsze 3 płytki, a resztę doinstalujesz sobie z internetu jak będzie potrzeba.
Ja - Trzy płyty po 650 MB każda w czasach, gdy 650 MB potrafiło się ściągać nawet 10 godzin, w tym czasie to 3 filmy ściągnę.

Odpuściłem... Po co mi to? - gadam sam do siebie. Do firmy może i jest ok, ale do domu? trzy dni ściągania, a potem instalacja  bez jakiejkolwiek wiedzy na temat Pingwinka.
Sam do siebie - nie dziękuję, to nie dla mnie.  I tak skończyło się moje pierwsze, ale nie ostatnie spotkanie z Pingwinkiem.
C.D.N.